Przestań narzekać na to, jaki jesteś zajęty

0
958
Moduł sprawdzania pisowni OrphusWidzisz błąd na stronie? Zaznacz i kliknij Ctrl+Enter
Zajęta kobieta

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy tacy „zajęci”. W rozmowach o pracy zdaje się zachodzić ciągła wymiana ciosów – każdy stara się swoją odpowiedzią zrobić większe wrażenie tym, jak bardzo jest zajęty.

Zajęty człowiek

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy tacy „zajęci”. Właściwie to „zatrzaśnięci”. „Pogrzebani”. Desperacko próbujący „utrzymać się na powierzchni”. Te częste odpowiedzi na pytanie „Co słychać?” wyglądają na żywcem wyjęte z Podręcznika Czarnych Scenariuszów. W rozmowach o pracy zdaje się zachodzić ciągła wymiana ciosów – każdy stara się swoją odpowiedzią zrobić większe wrażenie tym, jak bardzo jest zajęty.

Zajęty? Chwalisz się czy żalisz?

Moja ulubiona niby-skromna przechwałka dotycząca „bycia zajętym” to ta o potencjalnym kliencie, który przepraszał za brak kontaktu z powodu „trwających cały tydzień ćwiczeń przeciwpożarowych”. Co to w ogóle ma znaczyć? Czy to oznacza, że przez cały tydzień zamiast prawdziwych panowały fałszywe pożary? Skoro „fałszywe”, to znaczy, że wszystko jest w porządku? Twoja firma stoi w płomieniach? Może powinienem po kogoś zadzwonić?

Moja znajoma opowiadała mi kiedyś o randce z pewnym facetem, który był tak zajęty „dotrzymywaniem terminów”, że poprosił ją, żeby „po prostu zrobiła gdzieś rezerwację” za niego. Zatkało ją.

Większość z tego to po prostu wzajemne prześciganie się. Mówienie „jestem bardziej zajęty niż ty” znaczy tyle co „jestem ważniejszy”, „mój czas jest bardziej drogocenny” albo „jestem na czele” tego nigdy niekończącego się wyścigu szczurów ku Pustej Skrzynce Odbiorczej (Pusta Skrzynka Odbiorcza to kolejny niedorzeczny konkurs, z którym wypada się kiedyś rozprawić). To, co tak naprawdę starasz się przez to powiedzieć, to jestem bardziej zajęty, bardziej rozchwytywany, lepiej mi się powodzi.

Zobacz także:

Oto, w czym jest problem: to szkodzi komunikacji, naszym relacjom i nawiązywaniu kontaktów. Każdy na swój sposób jest zajęty. Być może masz dużo klientów albo zaczynasz prowadzić nowy biznes, a może opiekujesz się niemowlakiem. Sedno jest takie: mając ograniczony czas i nieograniczone potrzeby, łatwo jest ciągle dodawać sobie zajęć. Co nie znaczy, że powinieneś tak robić.

Zakładanie, że bycie „zajętym” (na tym etapie słowo to kompletnie straciło swoje znaczenie) jest super, że warto się nim pochwalić albo napisać na Twitterze, jest śmieszne. Poprzez te przechwałki i swoje własne zarozumialstwo w kwestii tego, jak bardzo „po uszy” mamy obowiązków, tracimy tak ważny kontakt z rodziną i przyjaciółmi, to samo zresztą dzieje się z naszym osobistym czasem. Poza długimi rozmowami o tym, jak jesteśmy zajęci, nie potrafimy już dzielić swoich uczuć z rodziną i przyjaciółmi, pytać o sprawy istotne, nie rozumiemy, że „bycie zajętym” jest czymś, co możemy na chwilę odłożyć na boczny tor.

Rób to, co niezbędne

W żadnym wypadku nie próbuję pomniejszać czyjegoś nawału pracy. Jednak używanie tego jako mechanizmu do wywyższania się nad innymi sprawia, że w znacznym stopniu tracimy zdolność komunikowania się. Dodatkowo jeszcze pogarszamy sytuację: kiedy każdy dookoła nas jest zajęty, łatwo jest wpaść w poczucie winy, jeśli nie harujemy jak wół w nigdy niekończącym się kołowrocie mozołu. Kiedy próbujemy z tym konkurować, wrzucamy do tego basenu pełnego wody każdego, kto zdaje się ciągle „pływać w miejscu”. Dodatkowo całe to narzekanie ma poważny wpływ na nasze zdrowie psychiczne.

Mimo to ciągle uważamy pracowanie do późna jako coś w rodzaju medalu odwagi macho.

Musimy pracować mądrze, a nie (tylko) ciężko.

To, że spędziłeś 15 godzin w swoim biurze, siedząc tam z wysuszonymi oczami i w kompletnym braku skupienia, wcale nie oznacza, że wykonałeś zadanie w mądry sposób. Wiele osób albo mówiło, albo pisało o tym. Zazwyczaj masz półtorej godziny, w porywach do dwóch, zanim twoja uwaga przeniesie się na internet albo portale społecznościowe. Jeśli spędzasz przykuty do biurka 15 godzin, bez żadnych przerw, to jak dobra jest twoja wydajność? Jak dużo czasu marnujesz?

Różnica między pracowaniem ciężko a mądrze uderzyła mnie jako przedsiębiorcę. W liceum, a potem na studiach to ja byłem tym chłopakiem, który czytał wszystko, co zostało zadane. Robiłem streszczenia, streszczenia streszczeń, a potem fiszki. Jedna z najważniejszych dla mnie lekcji jako przedsiębiorcy polegała na odrzuceniu tego typu praktyk. Nie mówię, że nie powinno się być pracowitym, albo żeby wykonywać swoje zadania bez przekonania, ale raczej, że istotne jest dostrzegać różnicę między tym, co musisz zrobić, a wszystkim tym, co możesz zrobić. Chodzi o postępowanie strategiczne.

Chociaż raz chciałbym usłyszeć kogoś, kto przechwala się swoją wspaniałą umiejętnością zarządzania czasem, a nie narzeka, jak wiele nie może zrobić. Może moglibyśmy się czegoś od siebie nawzajem nauczyć.

W zasadzie to ja zacznę – oto trzy strategie, których używam, żeby pracować mądrzej:

Ogranicz swój czas. Im bardziej ograniczam swój czas, tym bardziej czuję się skupiony i twórczy, a mniej czasu marnuję na drugorzędne zadania. Jeśli możesz sobie pozwolić na spędzenie tylko 45 minut nad konkretnym projektem, to spędzaj nad nim właśnie tyle – i idź dalej, nawet jeśli nie jest idealny.

Używaj kalendarza. Jeżeli naprawdę jesteś przytłoczony pracą, to bardzo łatwo jest znaleźć kalendarz, wirtualny czy jakiś inny, który pozwoli ci na planowanie rzeczy. Czasami jest to sprawa przeznaczenia czasu spędzonego na zarządzanie planami na ich właściwe wykonanie.

Nie pozwól marnować swojego czasu. Od kiedy zrezygnowałem ze zbytecznych spotkań, które nie były ani zabawne, ani produktywne, mojego czasu trochę przybyło. (Oto narzędzie, które pomoże ci zdecydować, z czego zrezygnować).

Tak, wszyscy mamy jakąś dziwną potrzebę skracania sobie nawzajem cierpień. Przyznanie się do tego to pierwszy krok. Lecz następnym razem, kiedy będziesz rozmawiał ze znajomym i będziesz miał ochotę ponarzekać na to, jak bardzo jesteś zajęty, zadaj sobie pytanie, dlaczego tak jest. Spróbuj pokierować rozmowę w innym kierunku. Z czasem może okazać się, że faktycznie czujesz się mniej „pogrzebany” (albo przynajmniej nie czujesz ciągłej potrzeby mówienia o tym).

Może to jest coś, czym warto się chwalić.

(via)